Rozdział czwarty

Wbiłam pusty wzrok w rozzłoszczone morze, fale rozbijały się o moje nogi powodując przyjemny dreszcz na ciele. Spojrzałam w dal, ciemne chmury zbliżały się coraz bliżej, zapowiadając nadchodzący deszcz. 
Powolnym krokiem kierowałam się do przodu, nogi poruszały się po drobnych kamieniach.
Nie chciałam walczyć, za dużo mnie to kosztowało. Co noc wzywałam twoje imię, błagając abyś mnie nie zostawiał. Okłamałeś mnie, mówiąc, że nigdy sama już nie zasnę, a robiłam to już od paru miesięcy!
Wchodziłam coraz głębiej, woda dosięgała mi do połowy pasa a ja w dalszym ciągu wchodziłam coraz głębiej. Szum morza ucichł, wiatr zniknął, powieki się zamknęły. Słyszałam tylko swoje przyśpieszone tętno i bijące serce z każdą sekundą coraz gwałtowniej, jakby wiedziało co za chwilę się wydarzy.
-Nie rób tego! -usłyszałam szept. Moje powieki momentalnie się otworzyły, rozglądając się na boki.
Nie ma cię, to nie ty. Zanurzyłam się cała, nie walczyłam, poddałam się. Nie było sensu.
-Walcz! -znowu ten głos.
Nie potrafię już. Nie chce. Zniknął, zostawił mnie.
-Zrób to dla mnie!
Dla ciebie? Kim jesteś w takim razie?
-Znajdź mnie. Żyj, walcz.
Tak długo szukałam, tak długo walczyłam, zbyt długo żyłam. Zamknęłam powieki czując zawroty głowy.
Moje ciało naprężyło się na samą myśl przykrych wspomnień. Próbowałam, na prawdę chciałam dołączyć do niego, chciałam. Wymiękłam.
Leżałam na łóżku wpatrując się w sufit. Moje myśli z każdą sekundą powielały się.

Znacie to prześladujące uczucie, które mówi wam, że autentycznie macie racje z czymś?
Mnie od dobrych paru godzin męczyło, miałam przeczucie, że gdzieś już widziałam tego mężczyznę, którego spotkałam poprzedniego dnia. 
Ta nienaganna postura, umięśnione ciało, ostre rysy twarzy, ciemne włosy i przenikliwe spojrzenie, które chodzi za mną krok w krok nie dając mi spokoju. Taki sam odcień oczu miał właśnie Sasuke.
Za żadne skarby nie miałam pojęcia, dlaczego mój szósty zmysł wariuje, jednak wiedziałam, że dopóki się tego nie dowiem, nie przestanie mnie to prześladować.
Westchnęłam i spojrzałam przez okno, jutro już mieliśmy wracać z powrotem do siebie.
Wszystko miało wrócić do normy, praca, życie. Wspomnienia.
O dziwo dziś, nie miałam żadnych spotkań, Moshiro stwierdził, że wszystkim się zajmie, tak zwane błahostki dla niego. Co spowodowało kolejny wolny dzień.
Wstałam i podeszłam do małej komody, stojącej na przeciwko mnie. Wyjęłam z niej krótkie spodenki i do tego białą bokserkę. Po krótkiej chwili wyszłam z hotelowego pokoju kierując się w stronę wyjścia.
-Sakura! -odwróciłam się na dźwięk głosu, swojego szefa.
-Tak?
-Potrzebuję twojej pomocy. -westchnął. -Pomożesz mi prawda?
-O co chodzi?
-Mam dwa spotkania o tej samej porze, sam nie mam pojęcia jak to się stało, że nie zwróciłem wcześniej na to uwagi. Pojedziesz na jedno z nich w moim imieniu?
-Z kim jest to spotkanie? -cóż, nic dziwnego. Moshiro zawsze był roztrzepany. Nic nowego.
-Z prawnikeim Ikishiego. Musisz zanieść mu te dokumenty. -mężczyzna podał mi czarną teczkę.
-Myślałam, że wczoraj już wszystko uzgodniliśmy z nimi.
-Właściwie to tak, jednak to jest poprawiona umowa, miałem im wysłać to faksem jednak różnie to z tym bywa, więc pojechałabyś? -Moshiro spojrzał się na mnie z miną kota ze Shreka. To na mnie nie zadziała!
-Pojadę. -burknęłam znudzona.
-Ratujesz mi tyłek!
-Nie pierwszy raz. -przewróciłam oczami. -Chyba czas na premię. -zaśmiałam się.
-Przedyskutujemy to jeszcze.

Godzinę czasu zajęło mi dojechanie do jego kancelarii, zatrzymałam się przed ogromnym budynkiem. Zadarłam głowę i ogarnęłam wzrokiem go od podstaw aż po wąską wstęgę nieba. Był ogromny, duże logo na samym dole, widoczne było z końca pobliskiego parku. Przełknęłam głośno ślinę, czując narastającą gulę w gardle i powędrowałam do dużych, przeszklonych drzwi. Otworzyły się szybciej, niż zdążyłam dotknąć ich dłonią, spojrzałam na osobę odpowiedzialną za ten czyn. Moim oczom ukazał się starszy mężczyzna po 30 uśmiechający się od ucha. Przechodząc obok mnie usłyszałam jak mruczy do siebie, zadowolony z wygranej sprawy rozwodowej. Typowy facet.
Dla wielu to kobiety są wszystkiemu winne, wszystkie rozwody, zdrady i całe zło tego świata to wina Kobiet. Oczywiście faceci wiecznie nie winni, zawsze uczciwi i w pełni kochający. Zawsze brzydzili mnie tacy ludzie, egoistyczne dupki, zaufane w sobie narcyzy. Nie umiejące się nigdy przyznać do winy.
Westchnęłam zrezygnowana i podeszłam do wysokiej blondynki, stojącej za ladą. Była drobną, jednak uroczą dziewczyną na pierwszy rzut oka. Łagodne rysy twarzy, błękitne oczy i mały zadarty nos.
-Przepraszam, szukam...
-Momencik. -kobieta przerwała mi unosząc dłoń do góry, była zbyt zajęta popijaniem porannej kawki i przeglądaniem tanich sensacji na pudelku, zapewne.
Spojrzałam na nią pewnie i oparłam się o brązowe biurko. Z każdą mijającą minutą,  moja cierpliwość sięgała zenitu, a żyłka na czole niebezpiecznie pulsowała. Jak widać pierwsze wrażenie zmyliło mnie na jej temat całkowicie. Żmija.
-Długo jeszcze?! -podniosłam wściekła głos, nie widząc jakichkolwiek chęci nawiązania rozmowy ze mną.
Blondynka spojrzała na mnie po czym z powrotem przeniosła wzrok na monitor. Tego już za wiele.
-Daje Ci dwie minuty na udzielenie mi odpowiedzi, w innym wypadku sprawię, że stracisz pracę szybciej niż ją zaczęłaś!
Dziewczyna tylko prychnęła w moją stronę. -I tak jestem tu na zastępstwie, nikt nie mówił, że mam się wysilać. Rób co chcesz, szukasz kogoś? To idź na trzecie piętro. Pomogłam, zadowolona? A teraz wybacz jestem zbyt zajęta, by marnować na ciebie czas.
Miałam ochotę złapać ją za te blond kudły i wytarmosić po całym holu. Wdech, wydech Sakura. Wdech, wydech!
Ścisnęłam mocniej teczkę w dłoni i podeszłam do windy, wciskając guzik w celu przywołania jej.
Chwilę później do moich uszu dobiegł dźwięk jakieś beznadziejnej melodii, wydobywającej się z głośników w windzie. Oparłam się o ściankę, wyczekując już trzeciego piętra.
Jednak ku mojemu nie zadowoleniu zatrzymała się już na drugim piętrze, po otworzeniu drzwi moim oczom ukazała się osoba, której szukałam. Przystojny, wysoki brunet w eleganckim granatowym garniturze, z dwoma rozpiętymi guzikami u górze, ukazującą jego idealną cerę. Dziś nie miał na sobie krawatu. Co dodawało mu więcej uroku, niż ostatnim razem, co go widziałam.
-To znowu pani. -uśmiechnął się wchodząc do windy. -Co panią sprowadza tutaj? Czyżby moja osoba? -zaśmiał się.
-Mam dla pana dokumenty, mój szef miał drugie ważne spotkania i nie mógł się zjawić. -odwzajemniłam uśmiech. -Więc jest pan skazany na moje towarzystwo, chwilowo.
-Cóż, nie ukrywam, że jestem miło zaskoczony. -spojrzał na mnie i podał mi rękę. -Naoki Izakari. W spół-właściciel tej kancelarii.
-Sakura Haruno. -uścisnęłam jego dużą dłoń, po moim ciele przeszedł przyjemny dreszcz. Jego głos ciągle dudnił mi w uszach. -Lekarz z Nowego Yorku.
-Daleko od domu.
-Owszem, jednak interesy przywiodły mnie do tego miasta.
-Rozumiem, dziękuje za dostarczenie mi tych dokumentów. -gdy tylko widna dojechała na trzecie piętro, moim oczom ukazał się spory hol w jasnych kolorach. -Co powiesz na omówieniu tego. -podniósł teczkę do góry. -Przy obiedzie?
-Bardzo chętnie. -skinęłam głową.
-W takim razie zapraszam.
                                             
                                                                       ***

-Jak długo jesteś lekarzem? -zapytał upijając łyk wytrawnego wina, które chwilę wcześniej przyniósł nam kelner.
-Z dobre 3 lata, od zawsze interesowałam się medycyną. Mój ojciec był bardzo dobrym neurochirurgiem i to dzięki niemu, również zapragnęłam pomagać ludziom.
-Bardzo szlachetny zawód, podziwiam takie kobiety jak ty. -uśmiechnął się.
-Jak długo jesteś prawnikiem? -odpiłam piłeczkę.
-Nie długo. Rok. -spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem, jakby starał się wyczytać coś z mojej twarzy. Rok i był już na takiej pozycji? -Pewnie zastanawiasz się jakim cudem jestem wpół-właścicielem takiej firmy. Mój wujek jest jej właścicielem. Rodzinny interes.
-Rozumiem. -Sasuke również marzył o własnej firmie, o byciu szanowanym prawnikiem, który pomagał by innym. Zabawne jak wiele mają wspólnego, albo przynajmniej chciałabym by mieli. Zbyt bardzo doszukuję się chyba jego w Naokim.
-Opowiedz mi więcej o sobie. -spojrzał mi prosto w oczy. Więcej?
-Co chciałbyś wiedzieć?
-Wydajesz się taka tajemnicza. Jakby diabły przeszłości odebrały ci coś ważnego, mimo uśmiechu na twarzy twoje oczy nie ukazują radości.
-Wystarczyło ci jedno spojrzenie w moje oczy? -zdziwiłam się. Dobry był. -Masz rację, straciłam dużo, jednak nie potrafię jeszcze o tym mówić, chodź minęło tyle czasu.
-Rozumiem, nie namawiam. -posłał mi lekki uśmiech. -W takim razie moja kolej, o zawodzie już wiesz.
W wolnym czasie uwielbiam spędzać czas przy samochodach, jak każdy facet chyba.
Jest to moja pasja, szybkie samochody. Adrenalina.
-Zaraz, zaraz. Czyżby szanowany prawnik, najlepszy w tym mieście igrał z prawem?
-Jak się wygadasz wsadzę cię do paki! -zaśmiał się. A mi na te słowa zachciało się płakać ze śmiechu.
Ten facet wiedział jak sprawić dobry nastrój.
-Będę milczeć jak grób.
-To może być ciekawe. -odgryzł się.
-Skąd ta blizna? -zaciekawiona przyglądałam się jego szyi na której po prawej stronie, przy włosach znajdowała się nie duża blizna, po rozcięciu prawdopodobnie. Gdyby nie fakt, że odwrócił się na chwilę, nie zwróciłabym na nią nawet uwagi. Nim zdążyłam ugryźć się w język z moich ust wydobyły się już słowa.
-Kiedyś miałem wypadek, z tego co mówił wuj był to wypadek samochodowy, dwa lata temu. Leżałem przez pół roku w śpiączce. Jednak niczego nie pamiętałem przed tym wydarzeniem. Gdy tylko się obudziłem czułem jakbym stracił najważniejsze wspomnienia, parę z nich odzyskiwałem po jakimś czasie, inne zaś straciłem. Zacząłem z nową kartą.
-To straszne. -widziałam na jego twarzy zmieszanie, jakby nie wiedział czy dobrze zrobił mówiąc mi o tym. W końcu byłam dla niego obca, jednak czułam jakbym znała go tak długo. Czułam się przy nim swobodnie jednak dziwnie. -Przykro mi.
-Nie potrzebnie. Osiągnąłem sporo po tamtym czasie. Co porabiasz jutro?
-Jutro? Aktualnie nic. -pochyliłam się nad stołem, delikatnie w jego kierunku. -Proponuje pan coś? Spotkanie biznesowe?
-Bardziej prywatne jeśli pozwolisz. -uśmiechnął się. -Co powiesz na małą przejażdżkę? Mam wolny cały dzień. Liczę, że i ty również.
-Jestem za. -Nie znałam go dobrze, nie powinnam jednak bez zastanowienia się zgodziłam zapominając o jutrzejszym powrocie do domu. Nie wiedziałam z jakiego powodu zaufałam temu człowiekowi, jednak wiedziałam, że może czas wreszcie dać sobie szanse na chwilę odskoczni od nurtującej codzienności?
-Świetnie, w takim razie przyjadę po ciebie jutro po dziesiątej. Mam nadzieję, że nie zmienisz zdania.
-Postaram się.
-W takim razie przekonamy się jutro.

Komentarze