Rozdział szusty - Naoki

Siedziałem w ogromnym salonie stukając palcami o pustą szklankę, w której wcześniej znajdowała się whisky.
Głowę opierałem o ścianę starając się poukładać wszystko w głowie.
Od spotkania z tajemniczą i sympatyczną panią doktor, nie umiałem przestać zawracać sobie nią głowy. Jej zielone oczy sprawiały wrażenie, jakby były w stanie przejrzeć mnie na wylot.
Odetchnąłem, wypuszczając powietrze przez zaciśnięte gardło. Czułem się w jej towarzystwie jakbym mógł wreszcie uwolnić się z tej klatki kłamstw, przestać otaczać się ludźmi dla których pieniądze i interesy są priorytetem.
Większość w tej branży taka właśnie była, i nagle pojawia się kobieta niczego nie oczekująca od ciebie już na pierwszym spotkaniu. Większość kobiet, które spotkałem na swojej drodze zawsze oczekiwała wielu nie realnych rzeczy.
Potarłem wierzchem dłoni czoło, po czym skierowałem kroki w stronę sypialni znajdującej się na drugim końcu korytarza. Po drodze zdjąłem z siebie koszulę i rzuciłem gdzieś w kąt nie mając siły zanieść jej do pralni. Czułem ogromne zmęczenie i znużenie. Pragnąłem wreszcie wypocząć bez nocnych przygód, które zjawiały się co noc.
Ułożyłem się wygodnie na dwuosobowym łóżku i zamknąłem powieki próbując oddać się tej krótkiej chwili wytchnienia w tym całym amoku.

Stałem na środku drogi wokół mnie nie było nikogo, ciemność spowodowana późną wieczorną godziną, nie pomagała mi w zidentyfikowaniu miejsca, w którym się znajduję. 
Kątem oka dostrzegam żar, powoli iskrzące się iskry z ognia rozprzestrzeniające się w dość szybkim tempie. Nie uciekam, stoję i patrzę. Nie czuję niczego. Widzę z daleka ciało mężczyzny próbującego złapać oddech, walczącego o odrobinę powietrza. Nie reaguję. Tym mężczyzną jestem ja, duszę się. Błagam boga pomoc, starając się przeżyć. Leże, walczę, potem znowu ciemność. Budzę się w nieznanym mi miejscu, białe ściany dookoła sprawiają, że czuje jeszcze większą panikę niż wcześniej, biorę oddech tak głęboki jakbym bał się, że zaraz braknie mi powietrza znowu. Dochodzę do siebie po chwili i dostrzegam dużą aparaturę obok mojego łóżka, masa kabelków podłączona do mojego ciała monitoruje pracę mojego serca.
Czuję ogromny ból głowy i całego ciała. Nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji staram się wstać, dłonią dotykam twarzy na której czuje masę bandaży. Nie pamiętam zbyt wiele. Ogromny ból przeszywa z każdym ruchem moje ciało. Krzyczę nie świadomy swoich czynów. Brak wspomnień z przed wypadkiem sprawia, że panikuję jeszcze bardziej, do sali wchodzą dwie pielęgniarki, z braku sił powoli opadam z powrotem na łóżko. Dwie młode kobiety podchodzą do mnie i podają mi środki uspokajające, słyszę z oddali cichy głos kobiety jednak nie należał on do tych pielęgniarek. 
Do pomieszczenia wchodzi jeszcze jedna osoba o aksamitnym głosie jednak bardzo stłumionym przez ból. Kątem oka dostrzegam tylko lekarski kitel.

Spocony wstaję do pozycji siedzącej próbując uspokoić oddech, demony nocne nie opuszczają nawet na jedną chwilę. Dosięgają zawsze próbując mnie wykończyć.
Wstałem z trudem podtrzymując się o krawędź łóżka.
Stanowczym krokiem wychodzę na balkon próbując odetchnąć po kolejnym koszmarze. Który zaczął się parę tygodni po wyjściu ze szpitala.
Myślałem już nawet o leczeniu bądź wizycie u specjalisty, brak pomocy ze strony lekarzy doprowadzi mnie w końcu do szaleństwa. Nie da się normalnie funkcjonować z myślą, że gdy tylko wrócę do mieszkania i położę się spać obudzę się, zalany potem przez powtarzający się koszmar, gehenna, moje własne piekło. Czy to w ten sposób chce mi ktoś przekazać, że nie powinienem był przeżyć?
Oparłem się o zimną szybę, w głowie pojawił mi się obraz uśmiechniętej Sakury. Jej spokojne oblicze sprawiało mi ulgę. Nie znałem jej długo. Jednak sprawiała, że nie czułem strachu przed nadchodzącą nocą, aż do momentu aż znowu zostałem sam w pustym domu.

***

Dzwonek do drzwi zerwał mnie na równe nogi, spojrzałem na zegarek przecierając zmęczone powieki. Widząc wczesną godzinę podniosłem się z łóżka chcąc dowiedzieć się kogo niesie o tak wczesnej porze do mojego domu.
Po dotarciu do drzwi usłyszałem cichy stukot obcasów, wiedziałem już kogo przywiało.
-Co tu robisz? -odezwałem się otwierając drzwi.
-Miłe powitanie. -prychnęła Irina. Moja sekretarka.
-Nie miła pobudka. -przypomniałem jej o dość wczesnej godzinie jej niezapowiedzianego przyjścia.
-Wiem, że cieszysz się, że mnie widzisz. Ja też a teraz przesuń się. -Brunetka weszła do środka, zdejmując z siebie marynarkę. -Długo masz zamiar jeszcze spać? Może śniadanie Ci zrobię?
-Poradzę sobie. -zamknąłem wściekły drzwi. -Czegoś potrzebujesz? -ta dziewczyna zawsze była natrętna ale dziś to już przesadza.
-Cóż mamy weekend, pomyślała, że może wyskoczymy na kawę?
-Właśnie weekend, co oznacza, że dziś mam akurat wolne. Co za tym idzie? Nie powinno Cię tu być. Dzień wolny czyli nikt nie ma prawa mi przeszkadzać jasne? -podniosłem lekko ton, nie przespana noc już wystarczająco podniosła mi ciśnienie.
-Coś taki spięty? -podeszła do mnie, kładąc dłonie na moim nagim torsie.
-Irina. -odezwałem się ostrzegawczo, odsuwając się od niej.
-Co z tobą! -warknęła.
-Jestem zmęczony i nie lubię jak ktoś wpada niezapowiedzianie. Pracujesz ze mną bardzo długo, jeszcze się nie nauczyłaś?
Burknęła coś pod nosem. Wyminąłem ją i nalałem sobie kawy z ekspresu, czekałem aż grzecznie wyjdzie jednak nie zapowiadało się na to. Odwróciłem się w jej stronę rzucając jej wściekłe spojrzenie, wiedziałem, że oczekiwała ode mnie nie możliwego. To, że podobałem jej się nie oznaczało, że może wpadać kiedy chce i psuć mi nerwy.
-Jak sobie chcesz. -warknęła wściekła, wychodząc z dość głośnym hukiem zamykanych za nią drzwi.
Wreszcie spokój. Usiadłem na barowym krześle podpierając na dłoni głowę, która jak mi się zdawało ważyła więcej niż ostatnio.

Po kolejnym okrążeniu zatrzymałem sprawnie samochód, spojrzałem na nią z uśmiechem wyczekując na jej reakcję.

-I jak? -zaśmiałem się widząc jak na jej twarzy rośnie ogromny banan.
-Świetne uczucie!  Gdzie nauczyłeś się tak świetnie jeździć?
-Sporo jeździłem z kumplem. On mnie wszystkiego nauczył. -odpowiedziałem poprawiając się na fotelu. Wpatrywałem się w jej zielone przepełnione radością oczy, gdy byliśmy wcześniej na obiedzie nie iskrzyły się aż tak. Była ogromną tajemnicą dla mnie. Jej przeszłość dalej jest dla mnie nie znana i ciekawa jednak nie zamierzałem w nią ingerować, w końcu dostrzegłem, że nie była ona zbyt dla niej przyjemna. 
-Startowałeś kiedyś w wyścigu? -zapytała po chwili ciekawa. 
-Nie miałam jeszcze okazji. Za miesiąc ruszają zapisy.
-Powinieneś spróbować. Bez problemu byś wygrał. -uśmiechnęła się promiennie i zachęcająco. Kiedyś nad tym myślałem jednak ta zajawka jeszcze nigdy nie przerodziła się w nic poważniejszego. 
-Tak sądzisz? -zaskoczony ciągnąłem dalej temat. Ciekawy jej opinii na ten temat, interesowała mnie ona, oraz intrygowała strasznie. 
-Jestem tego przekonana!
-W takim razie zgoda, pod warunkiem, że przyjdziesz popatrzeć. -musisz tam być. 
-Będziesz mnie słyszał z pierwszego rzędu.
-Na to liczę. 

Uśmiechnąłem się na samo wspomnienie ostatniego spotkania z Sakurą. W głowie mam już zaplanowane kolejne spotkanie z nią, z nadzieją, że i ona nie będzie się mogła go doczekać. Fascynowała mnie jej osoba, sprawiała wrażenie dziewczyny, która jest jak książka. Mająca wiele
tajemnic a ja mam ochotę je wszystkie rozwiązać, odkryć, stworzyć nowe i piękniejsze. Czuje dziwną pustkę gdy nie jestem z nią, mimo to, że tak krótka znajomość sprawiła takie pozytywne uczucie nie mogę pozwolić by ono zniknęło.


Komentarze